Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia czworonoga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia czworonoga. Pokaż wszystkie posty

16 stycznia 2012

Vivienne - piękna sunia do kochania

Vivcia jest sunią w typie labradora (choć można się w niej dopatrzeć urody boksera).

Vivka jest DO ADOPCJI!
Jest psiakiem niepełnosprawnym, ale w żadnym wypadku nie ustępuje zdrowym psiakom. Nauczona czystości w domu, ładnie chodzi na smyczy. 



Jak nie pokochać takich oczu?




Wózek w niczym nie przeszkadza ani Vivce ani innym psom :)
















Wątek Vivienne na forum Labradory.info [klik]

13 sierpnia 2011

pomoc dla przytuliska w Kłodawie

Był sobie człowiek, który bardzo kochał zwierzęta. Ot, taka ułomność, czasami się zdarza. Szczęśliwy to był człowiek, bo miał rodzinę i dobrze prosperujaca firme, dzięki której mógł robić to co kochał najbardziej - pomagać tym najbardziej potrzebującym, porzuconym, uwiazanym do drzew w lesie, psom gorszego boga.
Człowiek był młody i silny, miał piekne marzenia o nowoczenym przytulisku, przeniósł się więc z miasta na wieś, kupił ziemie i tak się zaczęło.
Psy przychodziły same, przerzucano je przez płot (chętnie ze szczeniakami), znajdował je w lesie, zbierał z poboczy. Te psie wyrzutki znajdowały tam opieke, jedzenie, dobre słowo. Tak minęło 25 lat...
Firma splajtowała kilka lat temu, wszystko jest zadłuzone, teren zajął komornik, dom stoi niewykończony, sad zarósł chwastami - widzieliście kiedyś podeptane marzenia i zawiedzione nadzieje? to tak wszystko wyglada.
Nie zmieniło się tylko jedno, nadal są psy, nadal dostają z coraz wiekszym trudem zdobywane jedzenie, nadal jest dla nich dobre słowo.
Tu jest ogromny dramat człowieka, o czym nie chce pisać szczegółowo, chce uszanować prywatność tego pana. Między wierszami wyczytałam tylko, ze przeciwności losu bardzo dały sie we znaki temu panu, od 2 lat praktycznie sa siły tylko na to by psom dać jeść. 





Tak zaczyna się długi już wątek na dogomanii



Osługa finansowa piesków z Kłodawy zajeła sie Fundacja Przyjaciele Czterech Łap;
Chętnych prosze o wplaty na konto:

76 1240 3581 1111 0010 2180 8561 
Fundacja Przyjaciele Czterech Łap
Rokitno 2
74-304 Nowogródek Pomorski

Tytuł przelewu: " Kłodawa - sterylizacje" lub "Kłodawa - szczeniaki" 




Od ok tygodnia Justyna i Agata przebywają z psami na posesji, weterynarz sterylizuje suki na miejscu, dziewczyny robią zdjęcia, dają jeść rozwożą psiaki po nowych domach i próbują oswoić pozostałe.

Nikt ich nie namawiał, nikt im za to nie płaci i nie zwraca kosztów. Wielki szacun dla nich za taką aktywność i działania.



Każdy może pomóc, wystarczy że roześle info o psiakach do adopcji, wystarczy że każdy przeleje symboliczną sumę na rzecz Kłodawy. A może jest ktoś z okolicy kto może zaglądać do psów i pomóc dziewczynom przy psiakach.. każda para rąk jest tam na wagę złota.


Szczeniaki do adopcji:





Ważne jest znalezienie domu dla Castora, tak pisze o nim Agata, która była na miejscu i poznała staruszka:
Castor ma 16 lat. Jest mocno głuchawy, zdaje się ze widzi nawet nieźle. Stan zdrowia jak na takiego nestora wydaje się dobry. Zeby, hm.. jak to zęby staruszka, ale Castor jest zawsze pierwszy do jedzenia, gryzie nawet kostki. Uwielbia słodkości, ciasteczka bułeczki, zawsze dostawał najwięcej , bo jego mordka wszedzie była pierwsza. Charakter cudny. Castor kocha ludzi, łasi się do każdego. Pierwszego dnia siedziałam z Justyna na schodach a castor jako jedyny przyszedł i wpasował się miedzy nas. To nic ze mu było troche na tych schodach niewygodnie, widać było , ze wsród ludzi jest szcęśliwy. I tak sobie gadalismy we trójkę. U Castora nie ma grama agresji wobec ludzi , ani wobec innych zwierząt. Nawet tych ujadających dzikusów w kojcach ogladał ze stoickim spokojem, nawet ogonkiem machał. Chodzi na smyczy, pewnie nie bedzie broblemu w aucie. Castor jest nadal piekny wg mnie. 
Jakie warunki powinien mieć: Ideałem byłby dom z ogrodem z mozliwościa spania w domu. No i zima tez wewnątrz z mozliwościa przebywania na dworze. I podstawa: kontakt z człowiekiem. Castor moze pozyć 3 miesiace, moze i 3 lata.
Da włascicielowi więcej niz niejeden rasowy szczeniak przez całe swoje zycie.



Dziękuję wam dziewczyny! 

21 listopada 2010

Stella

po prostu Stella

Hallo, jestem Stella! Mam niecałe 8 tygodni i jestem labradorem. Nie mogę wiele opowiedzieć o swoim życiu, nie mam jeszcze swojej własnej rodzinki, cały czas przebywam razem z moją mamusią i moim rodzeństwem. Jestem bardzo szczęśliwa, dużo śpię, dużo jem i ogólnie wszystko jest w porządku. Czekam, co przyniesie mi życie :).
Dzień zaczęłam od myśli: „Ciekawe co dzisiaj się stanie”, zjadłam śniadanko i zaczęłam bawić się z moim rodzeństwem, nagle rozległ się dziwny dźwięk coś w stylu: „Dzyyyyń”, okazało się, że to przyszli ludzie! I to nie „jacyś” ludzie, ale ludzie, którzy mają dzisiaj jedno z nas zabrać do domu!!! Patrzę.. idą w naszą stronę zaczynam się turlać i po prostu wyglądać słodko (wiem, że człowieki to lubią) Udało się! Wzięli mnie na ręce! Dobra, dobra spokojnie, czas na krok drugi- lizanko po twarzy. Ha Ha Ha udało się biorą mnie do domku!!! Aż się wzruszyłam...
Okazało się, że mamy całkiem długą drogę do pokonania, zanim dotrzemy do domu, ale co tam, warto było. Jadę sobie z tyłu razem z 11-letnią Kingą, ona chyba naprawdę mnie lubi, głaszcze całuje, bawi się za mną.. zapowiada mi się cudowne życie.
Dobra, ok, dojechaliśmy, jeeeju ja już nie mogę muszę siusiu! Ooooo jak dobrze, traweczka, traweńka, wszystko pod kontrolą. Zaraz, zaraz, Kinga mnie bierze na ręce. Co jest?! Wróć, wchodzimy do domu i teraz czuję pod dupcią ciepłe i przytulne miejsce:
-To Twoje legowisko Stelluniu- mówi dziewczynka- tutaj będziesz spać.
Taaak, bardzo mi się to miejsce podoba, ale teraz nie czas na spanie! Ja chcę się bawić, idę troszkę ich popodgryzać..
-Ejj, jak to „Jest już późno i trzeba iść spać”?!?! Ja chcę siku! Wstawać!!!
-Uciszcie Stellę!!!-wrzeszczał opiekun zwany „tata”
-Ciii, wstawaj i idź z nią na dwór- powiedziała pani zwana „mamą”
-Idę idę-mruknął „tata” i chciał nie chciał musiał iść ze mną na dwór.
Ale tu zapachów. O o o o ! Tam w krzakach, coś się rusza! Dogonię to. I rzuciłam się w pościg.
-STELLA!- wołał „tata”
Ale ja byłam zajęta..
Ejj, zaraz zaraz, to nie jest mój domek!! To jakieś zimne pole, a w dodatku jest środek nocy.. O nie. Zgubiłam się. Chce mi się płakać.
-Ratuuunku! Pomocy!- zaczęłam wołać
-Mała i co tak krzyczysz?- odezwał się nieznajomy głos- aaa, to Ty mnie goniłaś? Dzieczynko
niemądra, tylko po co? Ja chciałem przespać nockę, nie musiałaś mnie od razu gonić.
-Przepraszam.. nie chciałam pana wystraszyć-odpowiedziałam cichutko
-Eee tam, zaraz wystraszyć. Jestem Piorun, kundelek. A Ty? Jak się nazywasz i czego potrzebujesz?
-Ym, ja nazywam Się Stella i wiesz.. jak Cię goniłam to się zgubiłam, możesz mnie odprowadzić do domu?
-Jasne mała. Ale możemy rano?
-Oczywiście, ale daj mi jakieś ciepłe miejsce do spania.
-Spoko, wtul się we mnie i razem przeczekamy do rana.
-Dobrze- odpowiedziałam i poszliśmy spać.
-STELLA!!! -Wszyscy oszaleli z radości gdy mnie zobaczyli.- wróciłaś nareszcie wołała Kinga- A kim jest Twój nowy kolega?-zapytała, a mnie zrobiło się smutno, bo Piorun będzie musiał wrócić na te zimne pola...
-Do mnie „cmok” „cmok”-zawołał Pioruna „tata”
Piorun ochoczo podszedł, okazało się, że pies bardzo spodobał się mojej rodzince i został z nami na zawsze.
Jak widzicie wszystko dobrze się skończyło, a może nawet bardzo dobrze, jesteśmy teraz naprawdę szczęśliwą rodziną. Do zobaczenia innym razem!
Stella.


Autor:Adrianna „Ada” Zalewska

14 listopada 2010

Saba

Nazywam się Saba. Mam 8 lat. Jestem nieduża, czarna i kudłata. Gdy miałam dwa lata trafiłam do schroniska. Opuściłam je ponad rok temu, jednak jego wspomnienie wciąż pozostaje we mnie żywe.
Często zdarzało się, że nie miałam co jeść i było mi zimno. Czy wiesz, jak czuje się pies zamknięty w ciasnym boksie, pozbawiony jedzenia i ciepłego okrycia w środku zimy? Ty jesteś człowiekiem, nigdy do końca nie zrozumiesz jak to jest, gdy nawet nie umiesz stworzyć w wyobraźni wizji pełnej miski i miękkiego dywaniku przy kominku. Ja nie umiałam, w końcu jestem tylko psem. Ale ogrom mojego cierpienia przytłoczyłby niejednego człowieka. A co dopiero takiego „tylko psa” jak ja?
Wbrew temu, co może myślisz, głód i zimno nie były najgorsze. Czy wiesz, co jest największym marzeniem każdego psa? Mieć swojego własnego Człowieka, który mógłby podrapać cię za uchem, wyprowadzić na spacer. Spotkałam w schronisku całe mnóstwo psów, które z wycieńczenia głodem nie były w stanie chodzić. Jednak nic tak nie dokuczało żadnemu z nas, jak głód miłości. Tego z niczym nie da się porównać – nawet z pchłami.
Jednak teraz jestem szczęśliwym psem. W końcu mam swojego własnego Człowieka! Codziennie chodzimy na długie spacery, każdego wieczora w mojej misce znajduję przeróżne smakołyki, mam swoje własne posłanie, w którym nigdy nie jest mi zimno. Mój Człowiek głaszcze mnie, bawi się ze mną i nie krzyczy, jeśli pomylę jego buty z nową zabawką lub zapomnę, że łap nie wyciera się o kanapę. Wreszcie mam do kogo się przytulić, kogo polizać po policzku i na kogo warknąć, gdy przegoni mnie z pościeli.
W schronisku zostało wielu moich przyjaciół – Sonia, Reks, Bruno... Może chciałbyś zostać człowiekiem któregoś z nich? Nie zapominaj też, że jest inny sposób, aby pomóc tym, którzy głodują i marzną w schronisku. Parę złotych nie zrobi tobie dużej różnicy, ale może uratować życie jednego z moich przyjaciół, którzy nie mieli tyle szczęścia, co ja i wciąż czekają na swojego Człowieka...


Autor: Magdalena Jędrzejuk

13 listopada 2010

"Historie przez życie pisane" - Misio zmotoryzowany


Trafił do nas 29.12.01. 
I był to dla Misia najwyższy czas, bowiem od trzech dni leżał w zaspie śniegu, przy temperaturze – 15 stopni !
Leżał na poboczu drogi, potracony przez samochód z przetraconym kręgosłupem. Leżał, czekał, nie tracił nadziei. Choć chwilami ciężko było być dobrej myśli... Tylu ludzi przejeżdżało, przechodziło obok ale Misia nikt nie widział. A on leżał sobie cichutko, pogodzony z losem. Już z daleka go dostrzegliśmy: ruda plama na białym poboczu. Próbował odczołgać się dalej od nas, pewnie nie raz już otrzymał razy, pewnie i teraz spodziewał się raczej czegoś złego. Ale jednak zaufał nam. Nie do wiary, ale już w samochodzie próbował się z nami bawić. Po tym wszystkim, co przeszedł ! Nikt nie dawał nam szans, że da się Misia uratować, ale wspólny wysiłek opłacił się. Pierwsza zajęła się nim Pani doktor z lecznicy na ul. Stefana. Prześwietliła Misia, dała leki i pożyczyła drzwi od szafki, aby bezpiecznie, nie uszkadzając bardziej kręgosłupa, przewieźć go do domu. Pierwszy tydzień był straszny i dla nas i dla Misia. On musiał przyzwyczaić się do nowej sytuacji, my zaś do ciągłego sprzątania, ponieważ niestety nie wstawał i wszystkie potrzeby załatwiał pod siebie. Ktoś poradził nam pieluchy i to już był wielki krok naprzód. Misiek doskonale wiedział, że najpierw jest mycie, potem smarowanie balsamem, aby nie porobiły się rany, a następnie zakładanie pieluchy i mocowanie jej taśmą klejącą. Po ostatnim etapie Misiek uciekał ! Po swojemu ciągnąc tylne nogi za sobą a i tak potrafił dogonić niejednego psa i solidnie przetrzepać mu futerko!Ale, jak przyszłość miała pokazać, wszystko, co najlepsze było jeszcze przed Miśkiem. W naszym domu pojawił się Pan Mariusz. Przypadkiem usłyszał, ze jest pies, który nie chodzi, a ponieważ z zawodu jest masażysta postanowił zobaczyć, co da się z tym zrobić. A dało się bardzo wiele. Pan Mariusz widząc z jaką radością Misiek podchodzi do życia i wszystkiego, co go otacza postanowił zrobić mu wózek. Dzięki niemu i mojemu mężowi, którzy przez kilka wieczorów konstruowali specjalny „pojazd” Misiek ma wózek i może biegać. Początkowo baliśmy się, jak sobie poradzi, czy nie będzie się tego wózka bał ? Zupełnie niepotrzebnie, Misiek posadzony pierwszy raz na wózku, zanim się obejrzeliśmy był już przy drzwiach – on chciał iść na spacer. Przednimi, zdrowymi nogami przebierał tak prędko, że nie mogliśmy za nim nadążyć. Tak, jakby rozumiał, że to jest jego szansa na w miarę normalne psie (ale już nie pieskie) życie. Obwąchiwał każdy krzaczek – przez ponad miesiąc nie był przecież na spacerze! A my cieszyliśmy się tak bardzo, że on może się nareszcie normalnie poruszać. Już na pierwszym spacerze gnał na tym wózku tak, że musieliśmy trzymać go na długiej smyczy, bo baliśmy się, że go nie dogonimy. Wzbudził oczywiście niesamowitą sensację na ulicy ale teraz wszyscy w okolicy już go doskonale znają. Misiek biega tak, że nie sposób mu uciec. O ile jeszcze klucząc między drzewami mamy jakąś szansę, o tyle na prostej jest bezkonkurencyjny. A za to, że mu próbujemy uciekać karze nas podgryzając i szczypiąc po nogach. W wyścigu za piłką żaden pies nie ma szans – Misiek biegnie tak szybko, a warczy przy tym tak, że nawet jak się któryś nieopatrznie wyrwie, to zaraz rezygnuje i Misiek szczęśliwy dopada piłkę. Jak chce wyjść na spacer, to tak długo wali łapą w bramę, aż się ktoś zlituje i zabierze go na ten upragniony spacer. A jak tylko zobaczy, że ktoś idzie w stronę furtki, biegnie aż dudni pod nim ziemia i oczywiście nie przepuści okazji, żeby wyjść na spacer. Znają go już wszyscy bliżsi i dalsi sąsiedzi, a spacer z Misiem trwa godzinami, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto chce go pogłaskać, zapytać o jego historie, a Misio już wtedy doskonale wie, jak wyłudzić jakiś smakołyk! Biega z dziećmi z okolicy a piłki aportuje, jak żaden inny pies. Gdyby Misiek był człowiekiem prawo jazdy miałby nie dłużej niż trzy dni. Zapomina zupełnie o tym wózku i ciągle w coś uderza. Ostatnio ganiając się z innymi psami wjechał w garaż z takim impetem, że wózek rozpadł się na kawałki! Misio występował w telewizji, miał sesje zdjęciowe do gazet i chyba powoli czuje się już gwiazdą! Dzięki „sławie” Misia zgłosiło się do nas kilka osób mających pieski po wypadkach i również dla nich udało się nam zrobić wózki. Jednak żaden z tych psiaków nie reaguje na widok wózka tak, jak on: szczeka, piszczy, podskakuje. Byle szybciej, byle już mógł pędzić! Jest psem, który zrobi z nami wszystko, wszędzie chce pojechać, zawsze jest zadowolony, a jego roześmiany pysk przypomina delfina. Wózek w niczym mu nie przeszkadza, nawet w jeżdżeniu po schodach. Misio jest z nami już 10 miesięcy i oczywiście uważa, że jest najważniejszy na całym podwórku. Do miski nie dopuści innego psa, jak pojawi się w naszym domu jakąś nowa suczka adoruje ją i biega za nią po całym podwórku jeżdżąc nam i innym psom po nogach ! Wydaje się nam, że Misio jest szczęśliwy !

Do tej historii życie dopisało niestety smutne zakończenie. Postanowiliśmy jednak historię tego dzielnego psiaka umieścić na naszej stronie. Żeby pokazać, że nawet kaleki pies może sobie świetnie radzić i żeby, chociaż w ten sposób, pozostał wśród nas. 2 sierpnia 2003 roku Misio niestety pożegnał się z nami …Był z nami tylko półtora roku, choć wydawało się, że będzie z nami zawsze. Tyle życia, radości i energii wnosił w nasze życie. I mimo, iż minęło już tyle czasu, pisząc tę historię nadal nie mogę powstrzymać łez. Czasem bywał trochę kłopotliwy, wymagał częstych kąpieli, sadzania na wózek, wiecznie trzeba było sprzątać. Ale nigdy nie uważaliśmy tego za uciążliwość – to była cena za możliwość przebywania z tym wyjątkowym zwierzakiem. Bo, że Misio był wyjątkowy przyznawał każdy, kto choć raz miał z nim kontakt. Wiecznie radosny, wiecznie gdzieś pędził ale chyba właśnie za tą energię, która rozsadzała go na każdym kroku, zapłacił najwyższą cenę – jego serduszko nie wytrzymało. Zadajemy sobie do dziś pytanie, czy mogło być inaczej? Czy, gdyby tak nie biegał, nie szalał do dziś byłby z nami? Ale może właśnie tak wolał żyć: nie czując ograniczeń, jakie nakładało na niego jego kalectwo? A my? Ciągle zadajemy sobie pytanie, dlaczego był u nas tak krótko… Czasem wydaje się nam, że słyszymy poskrzypywanie jego wózeczka, kiedy przejeżdżał pod oknem….. Strasznie nam ciebie brak, Misiu…. Ale ty pewnie o tym dobrze wiesz. Biegasz sobie zapewne na zdrowych łapkach po zielonej łące w psim niebie i popatrujesz, co tu na dole robią twoi kumple.

Zapożyczone od Fundacji Azyl

12 listopada 2010

Kiedy Sid poznał Teddy...

Witajcie! 
Jestem Sid - siedmioletni Owczarek Niemiecki. Mam cudowne życie. Mieszkam razem z młodym małżeństwem, codziennie dostaję pełną miskę jedzonka, mam pełno zabawek... Ach to jest życie! 
Tylko, że dzisiaj rano wszystko się zmieniło.
Obudziłem się bardzo szczęśliwy lecz nieco zmęczony, była dopiero godzina 11.00!!! Położyłem się do legowiska i już miałem zasnąć, gdy nagle coś małego i białego jak huragan przedarło się przez dom, wpadło do mojego legowiska i zaczęło mi się przyglądać małymi i czarnymi oczkami.
- Sid! Poznaj Teddy, Twoją nową koleżankę.- powiedziała z uśmiechem moja pani- jest Labradorem- dodała, a ja myślałem, że zemdleję.
- Co?! Nieeeee!- jąkałem- Pańciu zrobię co chcesz, ale nie mów mi, że ona będzie z nami mieszkać.
- Sid, daj spokój. Będzie dobrze.. nie martw się- pocieszyła mnie i pogłaskała, a potem poszła.
Siedząc w miejscu usłyszałem cienki głosik:
- Duuuży jesteś - powiedziała niezbyt mądra istotka zwana Teddy i dodała - Patrz! Patrz! Mój ogon ucieka! Dorwę Cię ogonku! - po tych słowach zaczęła gonić swój ogon i zniknęła gdzieś, za drzwiami.
Wykorzystując chwilkę ciszy uznałem, że muszę się z tą sytuacją dobrze przespać...
W nocy obudził mnie głos Teddy:
- Sid... Siduś brzuch mnie boli, niedobrze mi - powiedziała i osunęła się na ziemię.
Od razu zaalarmowałem sytuację głośnym szczekaniem. Przybiegła moja pani. Bez zbędnych pytań wzięła Teddy na ręce, obudziła swojego męża, zawołała mnie i szybko pojechaliśmy do psiego lekarza. Na miejscu Teddy została podłączona do urządzenia z taką wodą, to się chyba nazywa korplówka. Mała dalej leżała bez ruchu... 
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że mała Teddy jest dla mnie bardzo ważna i że chcę, aby była przy mnie jak najdłużej. Na szczęście mała się obudziła i powiedziała:
- Siduś.. dziękuję.
A ja popłakałem się jak małe dziecko.
Po zaistniałej sytuacji wróciliśmy do domu. Lekarz powiedział, że Teddy była zestresowana dlatego zemdlała. A ja wiem, że Teddy jest dla mnie najważniejsza, i że będę ją chronił do końca swych dni...


Autor: Adrianna Zalewska

1 września 2009

Dżina




Dżina trafiła do schroniskowego boksu 2.03.2007 roku. Była wtedy chudziutka, kompletnie zagubiona, wystraszona całą schroniskową sytuacją. W jej oczach było widać strach i prośbę. Rozpaczliwą prośbę o powrót do domu.. Niestety tyle czasu mineło, a Dżina nadal w schronisku czeka na cud. Trochę się zmieniło od momentu gdy trafiła do schroniska. Kiedyś uwielbiała chodzić na spacery, a przede wszystkim ponad życie kochała pływać. Teraz nie mieszka już w boksie, a na stałym wybiegu. Trochę przytyła i zrozumiała w jakim miejscu się znajduje. Może nie widać tego po niej od razu, ponieważ na wybiegu doskonale pilnuje i obszczekuje wszystkich nieproszonych i nieznanych ludzi ale powoli poddaje się w walce o dom, o życie. Jej tylne łapki jak u prawie wszystkich starszych owczarków odmawiają posłuszeństwa i chyba dlatego nie chce już tak często chodzić na spacery. Mimo wieku (ma ponad 10lat) oraz zdrowia ma dużo energii i radości. Chętnie goni za patykami i dogaduje się z innymi psami (często nawet sama je zaczepia do zabawy). Jest to pies łagodny, który za razem mógłby być wspaniałym stróżem i przyjacielem. Pomóżmy jej.. dajmy jej szansę na wymarzone życie, za którym tak bardzo tęskni. Ona naprawdę zasługuje na wszystko co najlepsze...
Dżina jest w bardzo złym stanie. Potrzebuje domu, opieki i przede wszystkim leków. Nie może dalej zostać w schronisku... Szczerze - nie jest dobrze. Trzeba znaleźć dom tymczasowy lub hotelik i to na już. Kontakt w sprawie Dżiny z wolontariuszką:
698-811-607
wolontariuszkaasia@wp.pl